Kategorie: Wszystkie | Ku dołowi | Ku uniesieniu
RSS
sobota, 26 marca 2011
Leć, Adaś, leeeć!

„Natura nie pozwala odejść Adamowi”. A dajcie mu wszyscy spokój! Podziękujcie, pożegnajcie, życzcie szczęścia i dajcie odpocząć. Jestem pewna, że sportowcowi z tak długim stażem i takimi osiągnięciami wcale nie było łatwo podjąć decyzję o zakończeniu kariery i o tym, co chce dalej w życiu robić. Dlatego wszyscy ci, którzy płaczą, że nie będą mieli co oglądać w weekendy, niech uszanują tę decyzję oraz samego skoczka, który przez wiele lat dostarczał im rozrywki, i zachowają rozżalenie dla siebie. Mogą się też zastanowić, co by zrobili, gdyby w dniu odejścia na emeryturę szef stwierdził: „Oj, deszcz pada, widzisz, Kowalski, natura nie chce, byś kończył karierę, więc proponuję emeryturkę za kolejne 10 lat”.

No, to bułka z bananem!

piątek, 18 marca 2011
Miłość własna

Rodzicielka ma zrobić ważny krok w swojej karierze, ale oczywiście się waha.

Mama: Sama nie wiem, bo ostatnio nic mi się nie udaje…

Ja: Jak to nic? Córka ci się udała (misja spełniona – rodzicielka się uśmiała). :)

A tak serio, to nie znam drugiej osoby, która odnajdowałaby się w najróżniejszych, najtrudniejszych sytuacjach równie dobrze, co moja mama.

poniedziałek, 14 marca 2011
She sells seashells...

Nauka języków obcych jest fascynująca. Co chwila trafiam na słowa, które bynajmniej nie kojarzą mi się z ich właściwym znaczeniem.

I tak, bardzo podoba mi się, jak są dzieci po włosku: i figli – bo to przecież takie małe figle.

La mela nie jest brzydkim określeniem śliny, lecz jabłkiem, la panna – to nie znak Zodiaku ani stan cywilny, lecz śmietana, a la cipolla to… cebula. Z kolei idąc do gabinetto nie wybieramy się do gabinetu lekarza, ale do toalety. Il lampone to wcale nie lampa czy lampion, ale malina, a il compasso nie jest kompasem, lecz cyrklem. No i ta słynna curva

Po francusku zaś ordinateur oznacza komputer, a nie, jak by się mogło wydawać, ordynatora. Porc-épic, czyli epicka świnia, to po prostu jeżozwierz, a tatou to wcale nie tatuaż, tylko pancernik.

Z innych ciekawostek: jak w każdym języku, tak i we francuskim trzeba uważać na wymowę, bo na przykład na obiad można podać truciznę (poison, „s” czytane jak „z”) zamiast ryby (poisson, „ss” czytamy „s”).

To jeszcze coś z łaciny:

Truncus in spelunca, czyli… pień w jaskini.

A angielskie plum zapamiętałam od dźwięku, który słyszymy, gdy śliwka wpada w kompot.
środa, 09 marca 2011
Chyba pójdę na bukieciarkę ;)

70% kobiet, które dziś widziałam w centrum stolicy, z dumą dzierżyło w dłoni kwiaty wszelkiej maści, wielkości i gatunku (oczywiście prym wiodły róże i tulipany). Kolejne 15% dopiero miało dostać urocze wiechcie od swoich mężczyzn/ojców/braci/kolegów/…, którzy dzielnie wystawali w nawet 20-osobowych kolejkach do kwiaciarni. A przecież mogliby ten czas spożytkować na ruszenie głową i zaopatrzenie się w jakiś bardziej pomysłowy prezent. O ile bowiem koleżance z pracy czy sąsiadce można wręczyć tulipanka, który zdechnie po dwóch dniach, o tyle swojej osobistej mamie czy drugiej połówce wypadałoby podarować coś bardziej – nazwijmy to – spersonalizowanego. Córce czy młodszej siostrze też, bo kwiatka i tak dostanie w szkole.

Cóż, pozostaje tylko naiwnie wierzyć, że mężczyźni życia pozostałych 15% kobiet, które widziałam bez bukietów, wykazali się ponadprzeciętną wyobraźnią…

poniedziałek, 07 marca 2011
Awaria
Coś popsułam w poprzedniej notce i nie dość, że Wy nie możecie jej skomentować, to ja nie mam jak jej edytować. Komentarze na temat pieśni o rozmarzonej Zofii wpisujcie więc tutaj. :)
14:17, pusta_butelka
Link Dodaj komentarz »
Po francusku

Poprzednio było o Włoszech, tym razem zaś na chwilę przenosimy się do Francji…

…gdzie gra i śpiewa Merwan Rim, znany szerszej (nie tylko francuskiej) publiczności z roli diuka de Beaufort w historycznym musicalu Le Roi Soleil (Król Słońce). Rim pochodzi z algierskiej rodziny, zatem słysząc – i widząc – go, Francuzi powinni z zachwytem wykrzykiwać Vive l’immigration!

Gdzieś na youtubie znalazłam komentarz, że Merwan ma głos po prostu orgasmique. Niechaj to będzie także mój komentarz do poniższego utworu:

niedziela, 06 marca 2011
Cudze chwalicie... - o zimowym szaleństwie

Lubię odkrywać mało znane zakątki Polski i nie widzę problemu w spędzaniu wakacji w granicach naszego kraju. Z przykrością muszę jednak stwierdzić, że na narty/snowboard już się w polskie góry raczej nie wybiorę.

Miałam ostatnio przyjemność po raz pierwszy w życiu jeździć nieco dalej niż w Polsce, Słowacji i Czechach (gdzie bywałam dotychczas) – mianowicie we Włoszech. I jestem zachwycona. Nie chodzi nawet o piękne widoki, bo takich i u nas nie brakuje, ani o pogodę, bo czasami wiało tak, że mało kasku z głowy nie zerwało. ;) Ale co z tego, że zjeżdżając przez chwilę zmagamy się z wiatrem, skoro na szczyt wjeżdżamy już szczelną gondolką (niektóre miały nawet podgrzewane siedzenia!) albo zamykanym od góry krzesełkiem. W Polsce 10 minut spędzamy z orczykiem między zdrętwiałymi z zimna nogami. A jazda z zamarzniętymi paluszkami w sztywnych butach narciarskich czy snowboardowych nie jest niczym przyjemnym.

Marzniemy także czekając na gondolkę/krzesełko/orczyk. Otóż we Włoszech najdłużej stałam w kolejce 7 (słownie: siedem) minut, w Polsce – ok. 1,5 godziny (słownie: dziewięćdziesiąt minut). Oczywiście jest to kwestia tego, że tam na jednej górze udostępniono kilkanaście tras. U nas jeszcze kilka lat temu każdy wyciąg z kilku, leżących naprawdę blisko siebie, miał innego właściciela i na każdy trzeba było kupować osobny karnet, bo szanowni przedsiębiorcy nie mogli się dogadać. A propos karnetów: kurczę, tam nawet bramki są wygodniejsze, bo nie trzeba się pchać na te rurki (takie jak przy wejściu do metra), żeby przeskoczyły – one sobie przeskakują same zaraz po tym, jak pikniemy kartą. Czyż nie cudownie? :) Ale wróćmy do kilometrowych kolejek – we Włoszech nie było ich także ze względu na szybkość wyciągów. Nie bez znaczenia jest także fakt, że do jednej gondolki mogło wejść nawet dwanaście osób. Nie chce mi się opisywać, jak te dwie kwestie wyglądają w Polsce…

Wreszcie – toalety. Niby rzecz banalna, ale brak takich rzeczy odczuwamy, jak wiadomo, najdotkliwiej. Siusiu – prosta sprawa? Spytajcie moją mamę, która do niedawna jeździła w spodniach na szelki, które to szelki znajdowały się pod grubym swetrem. :) We Włoszech toalety były na niemal każdej trasie, a jak nie, to na górze, przy wyjściu z gondolki. U nas chyba akurat z tym też nie jest źle, leżymy natomiast pod względem tych oto kilku warunków, które spełniały włoskie gabinetti:

- W toalecie dla narciarzy, których nogi zakuto w rycerskie zbroje, nie może być ślisko  (grozi kalectwem).

- W samej kabinie musi być dużo miejsca, żeby móc się porozpinać i ewentualnie rozebrać, a więc konieczny jest także wieszak – wieszaków ci u nas dostatek, z miejscem bywa ciężko.

- Czy muszę wspominać, że w kibelku przydaje się papier toaletowy? We Włoszech zabrakło mi go raz, w Polsce – trudno zliczyć, pewnie w około połowie przypadków (częstych, jak przystało na kobietę ;)).

- Istotne dla osoby, która za chwilę ma wyjść na mróz, jest porządne wysuszenie rąk po ich umyciu (a właśnie – mycie rąk przed jedzeniem i po skorzystaniu z toalety o 40% zmniejsza ryzyko zakażenia różnymi brzydkimi stworzonkami, więc myjemy rączki!) – w każdej toalecie na stoku musi być albo suszarka, albo papierowy ręcznik. W Polsce zdarza się, że podajnik owszem, jest, ale ręcznika nie uświadczysz, albo że wisi sobie suszarka, ale... ojej! nie działa.

- Lustro konieczne nie jest, ale miło jest móc uładzić nieco grzywkę po zdjęciu kasku. Zwracam na to uwagę tylko dlatego, że w każdej włoskiej damskiej toalecie lustro po prostu było.

Tyle o higienie na stoku. Pozostała kwestia jedzenia. Zarówno w Polsce, jak i we Włoszech, karczm, barów i budek jest mnóstwo. Jedno, co mi się nie podobało w tych drugich, to menus – po włosku i niemiecku. Po angielsku co prawda można było sobie dopytać, bo pani za ladą rozumiała i nawet odpowiadała uprzejmie, ale przecież nie będę jej prosić o streszczenie listy składników dwudziestu dań, kiedy za sobą słyszę już zniecierpliwione stukanie tym niebezpiecznie twardym obuwiem… Warto jednak zwrócić uwagę na podłogi – we Włoszech nie są śliskie, a ponadto jeśli wychodzicie na dwór z tacą w ręku, nie musicie się martwić, że pod nogami nagle wyrośnie Wam – nieduży co prawda, ale jednak wróg – próg.

Na pocieszenie dodam, że na polskich stokach mamy najlepszą gorącą czekoladę z bitą śmietaną.

No i warunki samej jazdy są (o ile nie mamy zmarzniętych paluszków) zbliżone – nie ma rady na pojawiające się po południu muldy i lód. W kwestii przygotowania tras – naśnieżania i ratrakowania – musimy tylko pamiętać, żeby wyłączać te cholerne naśnieżarki na czas udostępnienia stoku dla zimowych szaleńców, bo stwarzają niebezpieczeństwo, znacznie ograniczając widoczność nawet na kilka sekund; nie wspominając już o okropnym uczuciu, kiedy wjedzie się w taką zmrożoną mgłę.

Na zakończenie optymistyczny akcent: jakie to miasto? E… na pokaz! Przeczytajcie od tyłu.

Od razu wyjaśniam – nie mam nic do Zakopanego, a nawet je lubię; tak mi się po prostu rzuciło w oczy, kiedy czytałam to od tyłu, rozwiązując wykreślanki. ;)

No. To pozdrawiam wszystkich Polaków! :)

czwartek, 03 marca 2011
Zmień studia

Jeśli zastanawiasz się, czy rzucić obecny kierunek studiów albo zmienić go po licencjacie – zrób to. Będzie to słuszna decyzja, jeśli spełniasz choćby jeden z poniższych warunków:

1. W całym toku studiów podoba Ci się jeden przedmiot (w porywach do dwóch), a na reszcie zajęć zazwyczaj zastanawiasz się, co tu właściwie robisz albo po co Ci to.

2. Nie wiesz, co robić po skończeniu tego kierunku, nie masz pomysłu na związaną z nim ścieżkę zawodową (nie dotyczy studiowania wyłącznie „hobbystycznego”).

3. Wiesz, co możesz robić po tych studiach, ale nie widzisz się w danym zawodzie, np. zdajesz sobie sprawę z tego, że nie masz odpowiednich predyspozycji albo że w innej branży czuł(a)byś się lepiej.

Sama spełniałam dwa z tych warunków. Jako że dotrwałam już wówczas do drugiego semestru drugiego roku, postanowiłam przemęczyć się do licencjatu, ale przez ten czas wciąż biłam się z myślami, bo przecież „ten przedmiot akurat jest fajny”, ale z drugiej strony „co ja właściwie będę robić, jeśli zajmę się socjologią więzienia?”. ;) Na szczęście pisanie i obrona pracy licencjackiej ostatecznie utwierdziły mnie w przekonaniu, że to nie dla mnie.

Zmieniłam kierunek na pozostający co prawda w kręgu dziedzin humanistycznych, ale bardziej praktyczny i dostosowany do moich wcześniejszych umiejętności oraz zainteresowań. Fakt, że nie spodziewałam się, iż w ogóle się na niego dostanę, potęguje moje zadowolenie z jego studiowania.

To mówiłam ja, studentka w trakcie sesji poprawkowej. :) 

poniedziałek, 14 lutego 2011
Pachnie?

Nie lubię chusteczek o zapachu mięty, truskawek, cytryny i pieczonego kurczaka.

Po pierwsze, po co mam płacić za aromatyzowane chusteczki dwa razy więcej niż za bezzapachowe, skoro i tak nic nie czuję, bo przecież mam zapchany nos?

Po drugie, to coś, czemu chusteczki zawdzięczają swój zapach – olejki czy inne kadzidełka – przeważnie podrażnia i tak już podrażnioną skórę wokół nosa.

Podsumowując – pachnące chusteczki do nosa są bez sensu. Co innego pachnący papier toaletowy… ;)

wtorek, 08 lutego 2011
Zasłyszałam, podpatrzyłam

Chłopię w spodniach rurkach, obcisłym sweterku i wątłą apaszką na wątłej szyi do towarzyszącej mu dziewczyny:

- Muszę podjąć męską decyzję, taką wiesz, z jajami!

Hmm, powodzenia.

To samo chłopię, patrząc na stroje karnawałowe:

- A kiedy to w ogóle jest, że się ludzie przebierają?

Skoro nie wiesz, to dlaczego przebrałeś się za kobietę?

 ***

Pani zbliża się do butiku, podchodzi do wejścia i nagle… bramka zaczyna piszczeć!

Niezła jest, jeszcze dobrze nie weszła, a już coś zawinęła. :)

 ***

Elegancka kobieta w markowych ciuchach i szpilkach wychodzi z toalety w centrum handlowym. Rzuca okiem w lustro, umywalki za to nie zaszczyca nawet spojrzeniem i kieruje się do wyjścia.

Ta pani powinna wiedzieć, że aby uchodzić za zadbaną, nie wystarczy mieć fryzury za 500 zł i dwa razy droższego tuszu do rzęs. Wypadałoby także od czasu do czasu umyć ręce, zwłaszcza po wyjściu z toalety publicznej!

 ***

Na koniec moja ulubiona, zasłyszana anegdotka:

W autobusie siedzi pani. Na jej kolanach siedzi dziecko. Obok stoi pan. Dziecko macha nogą, za każdym razem kopiąc pana w nogę.

Pan: Czy mogłaby pani zwrócić uwagę swojemu dziecku?

Pani: Proszę nie przesadzać, nic panu nie robi. Nie słyszał pan o bezstresowym wychowaniu?

Na to wstaje siedzący nieopodal student, wyjmuje z ust gumę do żucia i z uśmiechem przykleja ją pani do czoła.

- Mnie też wychowano bezstresowo.

:)
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5