„Natura nie pozwala odejść Adamowi”. A dajcie mu
wszyscy spokój! Podziękujcie, pożegnajcie, życzcie szczęścia i dajcie odpocząć. Jestem pewna,
że sportowcowi z tak długim stażem i takimi osiągnięciami wcale nie było łatwo
podjąć decyzję o zakończeniu kariery i o tym, co chce dalej w życiu robić.
Dlatego wszyscy ci, którzy płaczą, że nie będą mieli co oglądać w weekendy,
niech uszanują tę decyzję oraz samego skoczka, który przez wiele lat dostarczał
im rozrywki, i zachowają rozżalenie dla siebie. Mogą się też zastanowić, co by
zrobili, gdyby w dniu odejścia na emeryturę szef stwierdził: „Oj, deszcz pada,
widzisz, Kowalski, natura nie chce, byś kończył karierę, więc proponuję
emeryturkę za kolejne 10 lat”.
Nauka
języków obcych jest fascynująca. Co chwila trafiam na
słowa, które bynajmniej nie kojarzą mi się z ich właściwym znaczeniem.
I tak, bardzo podoba mi się, jak są dzieci po włosku: i figli – bo to przecież takie małe figle.
La
mela
nie jest brzydkim określeniem śliny, lecz jabłkiem,
la panna – to nie znak Zodiaku ani
stan cywilny, lecz śmietana, a la cipolla to… cebula. Z kolei idąc do gabinetto
nie wybieramy się do gabinetu lekarza, ale do toalety. Il lampone to
wcale nie lampa czy lampion, ale malina,
a il compasso nie jest kompasem, lecz
cyrklem. No i ta słynna curva…
Po francusku zaś ordinateur
oznacza komputer, a nie, jak by się
mogło wydawać, ordynatora. Porc-épic,
czyli epicka świnia, to po prostu jeżozwierz,
a tatou to wcale nie tatuaż,
tylko pancernik.
Z innych ciekawostek: jak w każdym języku, tak i we
francuskim trzeba uważać na wymowę, bo na przykład na obiad można podać
truciznę (poison,„s” czytane jak „z”) zamiast ryby (poisson, „ss” czytamy „s”).
To jeszcze coś z łaciny:
Truncus
in spelunca, czyli… pień w jaskini.
A angielskie plum zapamiętałam od dźwięku, który
słyszymy, gdy śliwka wpada w kompot.
70% kobiet, które dziś widziałam w centrum stolicy,
z dumą dzierżyło w dłoni kwiaty wszelkiej maści, wielkości i gatunku
(oczywiście prym wiodły róże i tulipany). Kolejne 15% dopiero miało dostać
urocze wiechcie od swoich mężczyzn/ojców/braci/kolegów/…, którzy dzielnie
wystawali w nawet 20-osobowych kolejkach do kwiaciarni. A przecież mogliby ten
czas spożytkować na ruszenie głową i zaopatrzenie się w jakiś bardziej pomysłowy
prezent. O ile bowiem koleżance z pracy czy sąsiadce można wręczyć tulipanka,
który zdechnie po dwóch dniach, o tyle swojej osobistej mamie czy drugiej
połówce wypadałoby podarować coś bardziej – nazwijmy to – spersonalizowanego.
Córce czy młodszej siostrze też, bo kwiatka i tak dostanie w szkole.
Cóż, pozostaje tylko naiwnie wierzyć, że mężczyźni życia
pozostałych 15% kobiet, które widziałam bez bukietów, wykazali się
ponadprzeciętną wyobraźnią…
Coś popsułam w poprzedniej notce i nie dość, że Wy nie możecie jej skomentować, to ja nie mam jak jej edytować. Komentarze na temat pieśni o rozmarzonej Zofii wpisujcie więc tutaj. :)
Poprzednio było o Włoszech, tym razem zaś na chwilę
przenosimy się do Francji…
…gdzie gra i śpiewa Merwan Rim, znany szerszej (nie
tylko francuskiej) publiczności z roli diuka de Beaufort w historycznym
musicalu Le Roi Soleil (Król Słońce). Rim pochodzi z algierskiej
rodziny, zatem słysząc – i widząc – go, Francuzi powinni z zachwytem
wykrzykiwać Vive l’immigration!
Gdzieś na youtubie znalazłam komentarz, że Merwan ma
głos po prostu orgasmique. Niechaj to
będzie także mój komentarz do poniższego utworu:
Lubię odkrywać mało znane zakątki Polski i nie widzę problemu w spędzaniu wakacji w
granicach naszego kraju. Z przykrością muszę jednak stwierdzić, że na
narty/snowboard już się w polskie góry raczej nie wybiorę.
Miałam ostatnio
przyjemność po raz pierwszy w życiu jeździć nieco dalej niż w Polsce, Słowacji i
Czechach (gdzie bywałam dotychczas) – mianowicie we Włoszech. I jestem zachwycona. Nie chodzi nawet o
piękne widoki, bo takich i u nas nie brakuje, ani o pogodę, bo czasami wiało
tak, że mało kasku z głowy nie zerwało. ;) Ale co z tego, że zjeżdżając przez chwilę zmagamy się z wiatrem, skoro na szczyt wjeżdżamy już szczelną
gondolką (niektóre miały nawet podgrzewane siedzenia!) albo zamykanym od góry
krzesełkiem. W Polsce 10 minut spędzamy z orczykiem między zdrętwiałymi z zimna
nogami. A jazda z zamarzniętymi paluszkami w sztywnych butach narciarskich czy
snowboardowych nie jest niczym przyjemnym.
Marzniemy także czekając
na gondolkę/krzesełko/orczyk. Otóż we Włoszech najdłużej stałam w
kolejce 7 (słownie: siedem) minut, w Polsce – ok. 1,5 godziny (słownie:
dziewięćdziesiąt minut). Oczywiście jest to kwestia tego, że tam na jednej
górze udostępniono kilkanaście tras. U nas jeszcze kilka lat temu każdy wyciąg
z kilku, leżących naprawdę blisko siebie, miał innego właściciela i na każdy trzeba
było kupować osobny karnet, bo szanowni przedsiębiorcy nie mogli się dogadać. A propos karnetów: kurczę, tam nawet bramki są
wygodniejsze, bo nie trzeba się pchać na te rurki (takie jak przy wejściu do
metra), żeby przeskoczyły – one sobie przeskakują same zaraz po tym, jak
pikniemy kartą. Czyż nie cudownie? :) Ale wróćmy do
kilometrowych kolejek – we Włoszech nie było ich także ze względu na szybkość
wyciągów. Nie bez znaczenia jest także fakt, że do jednej gondolki mogło wejść
nawet dwanaście osób. Nie chce mi się opisywać, jak te dwie kwestie
wyglądają w Polsce…
Wreszcie –
toalety. Niby rzecz banalna, ale brak takich rzeczy odczuwamy, jak wiadomo,
najdotkliwiej. Siusiu – prosta sprawa? Spytajcie moją mamę, która do niedawna
jeździła w spodniach na szelki, które to szelki znajdowały się pod grubym
swetrem. :) We Włoszech toalety były na niemal każdej trasie, a jak nie, to na górze, przy
wyjściu z gondolki. U nas chyba akurat z tym też nie jest źle, leżymy natomiast pod
względem tych oto kilku warunków, które spełniały włoskie gabinetti:
- W toalecie dla
narciarzy, których nogi zakuto w rycerskie zbroje, nie może być ślisko
(grozi kalectwem).
- W samej kabinie musi
być dużo miejsca, żeby móc się porozpinać i ewentualnie rozebrać, a więc
konieczny jest także wieszak – wieszaków ci u nas dostatek, z miejscem bywa
ciężko.
- Czy muszę wspominać, że w kibelku przydaje się papier toaletowy? We Włoszech zabrakło
mi go raz, w Polsce – trudno zliczyć, pewnie w około połowie przypadków
(częstych, jak przystało na kobietę ;)).
- Istotne dla osoby,
która za chwilę ma wyjść na mróz, jest porządne wysuszenie rąk po ich umyciu (a
właśnie – mycie rąk przed jedzeniem i po skorzystaniu z toalety o 40% zmniejsza
ryzyko zakażenia różnymi brzydkimi stworzonkami, więc myjemy rączki!) – w każdej
toalecie na stoku musi być albo suszarka, albo papierowy ręcznik. W Polsce
zdarza się, że podajnik owszem, jest, ale ręcznika nie uświadczysz, albo że
wisi sobie suszarka, ale... ojej! nie działa.
- Lustro konieczne nie
jest, ale miło jest móc uładzić nieco grzywkę po zdjęciu kasku. Zwracam na to
uwagę tylko dlatego, że w każdej włoskiej damskiej toalecie lustro po prostu było.
Tyle o higienie na
stoku. Pozostała kwestia jedzenia. Zarówno w Polsce, jak i we Włoszech, karczm,
barów i budek jest mnóstwo. Jedno, co mi się nie podobało w tych drugich, to menus – po włosku i niemiecku. Po angielsku
co prawda można było sobie dopytać, bo pani za ladą rozumiała i nawet
odpowiadała uprzejmie, ale przecież nie będę jej prosić o streszczenie listy
składników dwudziestu dań, kiedy za sobą słyszę już zniecierpliwione stukanie tym
niebezpiecznie twardym obuwiem… Warto jednak zwrócić uwagę na podłogi – we Włoszech
nie są śliskie, a ponadto jeśli wychodzicie na dwór z tacą w ręku, nie musicie
się martwić, że pod nogami nagle wyrośnie Wam – nieduży co prawda, ale jednak wróg – próg.
Na pocieszenie dodam,
że na polskich stokach mamy najlepszą gorącą czekoladę z bitą śmietaną.
No i warunki samej
jazdy są (o ile nie mamy zmarzniętych paluszków) zbliżone – nie ma rady na
pojawiające się po południu muldy i lód. W kwestii przygotowania tras – naśnieżania
i ratrakowania – musimy tylko pamiętać, żeby wyłączać te cholerne naśnieżarki
na czas udostępnienia stoku dla zimowych szaleńców, bo stwarzają niebezpieczeństwo,
znacznie ograniczając widoczność nawet na kilka sekund; nie wspominając już o
okropnym uczuciu, kiedy wjedzie się w taką zmrożoną mgłę.
Na zakończenie
optymistyczny akcent: jakie to miasto? E…
na pokaz! Przeczytajcie od tyłu.
Od razu wyjaśniam – nie
mam nic do Zakopanego, a nawet je lubię; tak mi się po prostu rzuciło w oczy,
kiedy czytałam to od tyłu, rozwiązując wykreślanki. ;)
Jeśli zastanawiasz się,
czy rzucić obecny kierunek studiów albo zmienić go po licencjacie – zrób to.
Będzie to słuszna decyzja, jeśli spełniasz choćby jeden z poniższych warunków:
1. W całym toku studiów
podoba Ci się jeden przedmiot (w porywach do dwóch), a na reszcie zajęć
zazwyczaj zastanawiasz się, co tu właściwie robisz albo po co Ci to.
2. Nie wiesz, co robić po
skończeniu tego kierunku, nie masz pomysłu na związaną z nim ścieżkę zawodową
(nie dotyczy studiowania wyłącznie „hobbystycznego”).
3. Wiesz, co możesz robić
po tych studiach, ale nie widzisz się w danym zawodzie, np. zdajesz sobie
sprawę z tego, że nie masz odpowiednich predyspozycji albo że w innej branży
czuł(a)byś się lepiej.
Sama spełniałam dwa z
tych warunków. Jako że dotrwałam już wówczas do drugiego semestru drugiego
roku, postanowiłam przemęczyć się do licencjatu, ale przez ten czas wciąż biłam
się z myślami, bo przecież „ten przedmiot akurat jest fajny”, ale z drugiej strony „co ja
właściwie będę robić, jeśli zajmę się socjologią więzienia?”. ;) Na szczęście
pisanie i obrona pracy licencjackiej ostatecznie utwierdziły mnie w
przekonaniu, że to nie dla mnie.
Zmieniłam kierunek na
pozostający co prawda w kręgu dziedzin humanistycznych, ale bardziej praktyczny
i dostosowany do moich wcześniejszych umiejętności oraz zainteresowań. Fakt, że
nie spodziewałam się, iż w ogóle się na niego dostanę, potęguje moje
zadowolenie z jego studiowania.
To mówiłam ja, studentka w trakcie sesji
poprawkowej. :)
Nie lubię chusteczek o zapachu mięty, truskawek, cytryny i pieczonego kurczaka.
Po pierwsze, po co mam płacić za aromatyzowane chusteczki
dwa razy więcej niż za bezzapachowe, skoro i tak nic nie czuję, bo przecież mam
zapchany nos?
Po drugie, to coś, czemu chusteczki zawdzięczają
swój zapach – olejki czy inne kadzidełka – przeważnie podrażnia i tak już podrażnioną
skórę wokół nosa.
Podsumowując – pachnące chusteczki do nosa są bez
sensu. Co innego pachnący papier toaletowy… ;)
Chłopię w spodniach rurkach, obcisłym sweterku i
wątłą apaszką na wątłej szyi do towarzyszącej mu dziewczyny:
- Muszę podjąć męską decyzję, taką wiesz, z jajami!
Hmm,
powodzenia.
To samo chłopię, patrząc na stroje karnawałowe:
- A kiedy to w ogóle jest, że się ludzie
przebierają?
Skoro
nie wiesz, to dlaczego przebrałeś się za kobietę?
***
Pani zbliża się do butiku, podchodzi do wejścia i nagle… bramka zaczyna piszczeć!
Niezła jest, jeszcze dobrze nie weszła, a już coś zawinęła. :)
***
Elegancka kobieta w markowych ciuchach i
szpilkach wychodzi z toalety w centrum handlowym. Rzuca okiem w lustro,
umywalki za to nie zaszczyca nawet spojrzeniem i kieruje się do wyjścia.
Ta pani powinna wiedzieć, że aby uchodzić za
zadbaną, nie wystarczy mieć fryzury za 500 zł i dwa razy droższego tuszu do
rzęs. Wypadałoby także od czasu do czasu umyć ręce, zwłaszcza po wyjściu z
toalety publicznej!
***
Na koniec moja ulubiona, zasłyszana
anegdotka:
W autobusie siedzi pani. Na jej kolanach
siedzi dziecko. Obok stoi pan. Dziecko macha nogą, za każdym razem kopiąc pana
w nogę.
Pan: Czy mogłaby pani zwrócić uwagę
swojemu dziecku?
Pani: Proszę nie przesadzać, nic panu
nie robi. Nie słyszał pan o bezstresowym wychowaniu?
Na to wstaje siedzący nieopodal student,
wyjmuje z ust gumę do żucia i z uśmiechem przykleja ją pani do czoła.